WŁADYSŁAW WOLTER

Dnia 12 sierpnia 1946 r. Prokurator Specjalnego Sądu Karnego w Krakowie, przy ul. Grodzkiej 52, w osobie wiceprokuratora rej. Turowiczowej, z udziałem protokolanta aplikanta Hordyńskiego, przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania i o treści art. 107 kpk świadek zeznał, co następuje:


Imię i nazwisko Władysław Wolter
Wiek 49 lat
Imiona rodziców Władysław i Aleksandra
Miejsce zamieszkania Kraków, [...]
Zajęcie profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego
Wyznanie rzymskokatolickie
Stosunek do stron obcy

Przesłuchany na okoliczności aresztowania profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego w listopadzie 1939 r. oraz wywiezienia ich do obozów w Sachsenhausen (Oranienburg), a następnie Dachau, podaje (dalszy ciąg protokołu załącza pięć stron):

W sprawie naszego aresztowania, tj. aresztowania pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego, powołuję się na książkę prof. dr. Jana Gwiazdomorskiego pt. Wspomnienia z pobytu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego w niemieckim obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen (Kraków, nakładem księgarni Kamińskiego), która z fotograficzną dokładnością oddaje bieg wypadków, i która była mi znana w rękopisie. Czytałem ją też w rękopisie [po to], bym uzupełnił czy sprostował pewne fakty. Ciężkie chwile od 6 listopada przeżywaliśmy razem z prof. Gwiazdomorskim, co wynika jasno ze wspomnień, tak że mogę w całej pełni powołać się na wszystkie umieszczone tam szczegóły jako zgodne z prawdą. Dziś po tylu latach pamięć moja może już zawodzi i pewniejszym materiałem są owe wspomnienia.

Chciałbym dodać jedną rzecz. Po nieudanej próbie przedostania się we wrześniu 1939 r. na wschód (zresztą również z prof. Gwiazdomorskim) 27 września powróciłem do Krakowa. Już następnego dnia byłem na uniwersytecie, pozostając w ścisłej łączności z J.M. rektorem Lehr- Spławińskim, p. prorektorem Diurzyńskim i z sekretarzem UJ Włodzimierzem Ottmannem (zamordowanym później w Oświęcimiu). W tym też czasie powołany zostałem do zarządu konsumu uniwersyteckiego, który miał powstać celem zaradzenia katastrofalnej sytuacji aprowizacyjnej profesorów UJ. W tym zarządzie współdziałałem z prof. Piechem oraz kwestorem dr. Matusem (obaj zmarli w okresie okupacji). Urzędując codziennie w dziekanacie Wydziału Prawa, zetknąłem się tam po raz pierwszy z gestapo. Niepamiętnego mi bliżej dnia przybyło do mnie do dziekanatu dwóch Niemców, których przybycie zaanonsował mi woźny. Obaj panowie byli bardzo młodzi, wyglądali na studentów, byli ubrani po cywilnemu i zwrócili się do mnie o pożyczenie im kilku książek z naszej biblioteki seminaryjnej. Odpowiedziałem im, że osobom prywatnym książek pożyczać nie mogę. Na to ci panowie wyciągnęli legitymacje, opiewające na Geheime Staatspolizei. Wobec tego oświadczyłem, że mogę im za rewersem pożyczyć książki, o które im chodzi. W rzeczywistości do wypożyczenia nie doszło, gdyż tych książek, o które im chodziło, nie było.

Natychmiast po odejściu tych panów poszedłem do rektora i zameldowałem mu, że było u mnie gestapo, która zaczyna już węszyć. W dwa czy trzy dni później przyszli do mnie znów ci panowie, ale już w mundurach SS. Treści rozmowy dziś powtórzyć nie mogę, gdyż jej nie pamiętam. Było już wtedy rzeczą jasną, że – prowadząc rozmowę na aktualne tematy – szpiegują. I o tej drugiej wizycie natychmiast poinformowałem rektora. Za trzecim razem udali się do rektora, nie zastali go jednak, rozmawiali tylko z prorektorem, podczas której to rozmowy byłem obecny, wezwany do tego przez pana prorektora. Podczas jednej z tych rozmów pytali się, czy otwieramy uniwersytet, na co odpowiedziałem, że tak. Nie tylko, że nie odpowiedzieli, że to jest rzeczą niedopuszczalną, ale wręcz przeciwnie, dali do poznania, że uważają to za rzecz zupełnie zrozumiałą. Szczegół ten jest ważny, bo wszak nasze aresztowanie nastąpiło pod zarzutem otwarcia uniwersytetu bez zezwolenia władz niemieckich. Stwierdzam więc, że niemiecka policja polityczna wiedziała dokładnie o otwarciu uniwersytetu i bynajmniej nie zakazała tego aktu, który miał posłużyć jako wygodny pretekst do zlikwidowania uczelni. Wizyty tych panów urwały się i więcej ich nie widziałem.

Stykałem się jeszcze z władzami wojskowymi, zabierając książki z lokali seminaryjnych zajętych przez wojsko. Na zapytanie oficera, dlaczego zabieram książki, odpowiedziałem, że otwieramy uniwersytet, wobec czego książki są nam potrzebne. Wtedy ów oficer zapytał, czy to będzie polski uniwersytet. Odpowiedziałem, że naturalnie, gdyż w Krakowie w ogóle Niemców nie ma. Na to dostałem znów odpowiedź, że rzeczywiście w Krakowie mieszkają sami Polacy.

6 listopada przyszedłem na uniwersytet przed godz. 12.00, gdyż z polecenia rektora miałem w jego gabinecie oczekiwać razem z prorektorem przybycia pana Müllera na ów odczyt. Gestapowiec Müller przybył też wpierw do przedpokoju rektora. Był wybitnie zdenerwowany, podkreślając, że nie ma czasu czekać i że trzeba natychmiast zaczynać, kazał więc prowadzić się do sali wykładowej. To zdenerwowanie było uderzające, a stało się zrozumiałe dopiero w chwili naszego aresztowania, gdyż chodziło przecież o to, że Müller, prowadząc komendę, chciał wejść na salę, zanim do gmachu wkroczy SS. Nadmieniam jeszcze, że w dwie lub trzy minuty przed przybyciem Müllera nakłoniłem prof. UJ, ks. biskupa Godlewskiego, który również przybył na odczyt, aby natychmiast opuścił gmach, podkreślając, że jako biskup nie powinien być obecny na przemówieniu niemieckiego urzędnika policyjnego. Ksiądz Godlewski uniknął w ten sposób aresztowania.

Gdy wszedłem z Müllerem do sali wykładowej, uderzyło mnie znów jego niezwykłe zdenerwowanie. Stanął przed nami i zawahał się. Po chwili zdjął czapkę i przemówił w sposób podany przez prof. Gwiazdomorskiego. Dosłownie pierwsze zdania brzmiały: Meine Damen und Herren. Sie haben es versucht Pruefungen abzuhalten, ohne uns zu fragen. Sie haben es versucht, die Uniwersität zu eröffnen, ohne uns zu fragen. (Moje Panie i Panowie. Usiłowaliście odbywać egzaminy, nie pytając się nas. Usiłowaliście otworzyć uniwersytet, nie pytając się nas) itd. Podkreślił, że uniwersytet był zawsze ośrodkiem propagandy antyniemieckiej. Ogłosił, że jesteśmy aresztowani i że zostaniemy odtransportowani do obozu jeńców (Gefangenenlager). Paniom kazał opuścić salę, my zaś musieliśmy wyjść parami, przy czym sarkastycznie odezwał się do rektora: „Panie rektorze, niech pan otwiera pochód”. Po wyjściu na korytarz nastąpiła, powierzchowna zresztą, rewizja osobista za bronią. Gestapowcy potrącali nas kolbami, popychali i spychali ze schodów, przy czym pobito m.in. zmarłego później w obozie prof. Stanisława Estreichera.

Nie wchodząc w szczegóły, podkreślam, że od południa 6 listopada do rana 7 listopada byliśmy w więzieniu przy ul. Montelupich, od 7 do 9 listopada w południe w koszarach 20.

pułku piechoty. Od 10 listopada w więzieniu we Wrocławiu, a od 28 listopada w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen-Oranienburg pod Berlinem.

Groza pobytu w obozie polegała na głodzie i chłodzie. Niszczył nas silny mróz 1940 r. Nie mieliśmy ani płaszczy, ani ciepłej bielizny. Tak niedostatecznie ubrani musieliśmy godzinami stać na placu apelowym, co groziło ciężką chorobą. A każda cięższa choroba równała się śmierci, gdyż nikomu nie udzielano pomocy lekarskiej. Odżywianie obozowe było tego rodzaju, że po powrocie własne dzieci nie poznały mnie w pierwszej chwili. Byliśmy wychudzeni na szkielety. Torturowała nas ciągła niepewność życia. Wszak w naszych oczach SS-mani tłukli laskami na śmierć. Jedną z form pastwienia się było tzw. rolowanie w śniegu. Dręczony miał padać i wstawać, czołgać się i rolować w półmetrowym śniegu, aż całe jego skromne ubranie było przesiąknięte zlodowaciałą wodą. Dopiero w tym stanie mógł wracać do baraku. Nie było w co się przebrać. O ile wiem, to tę torturę musiał przejść prof. ks. dr Konstanty Michalski.

Dokuczał nam okropny głód. Trzymał nas przy życiu właściwie tylko chleb. Przesyłanie paczek było wzbronione. Troskliwa żona przesłała mi do obozu paczkę z cukrem w kostkach. Tylko cudem uniknąłem ostrej kary ze strony postrachu obozu, jakim był Arbeitsführer, zwany Der eiserne Gustav. Musiałem stawić się przed nim za to, że przesłano mi paczkę (której mi naturalnie nie dano). Uratowała mnie przytomność umysłu, zachowanie żołnierskiej postawy i szczególne opanowanie języka niemieckiego. W obozie lub na skutek chorób wyniesionych z obozu zginęło 21 kolegów.

Brutalny akt przemocy dokonany na członkach Uniwersytetu Jagiellońskiego jak i innych wyższych uczelni krakowskich był dziełem gestapo. Jednak odpowiedzialność za ten akt ponoszą i najwyższe władze tzw. Generalnego Gubernatorstwa. Jest rzeczą wykluczoną, aby one nie wiedziały o tym. Najlepszym tego dowodem jest zachowanie się burmistrza Krakowa Zörnera w stosunku do prof. Jachimeckiego, któremu odradzał spieszenie się na uniwersytet na ów „odczyt”. Jeżeli więc rządzące czynniki wprost nie spowodowały naszego aresztowania, to w każdym razie je zaaprobowały i ponoszą za nie odpowiedzialność.

W kartotece gestapo w Krakowie jako powód naszego aresztowania podane było: Nationalpole czy coś podobnego. Potwierdzić to może prof. Tadeusz Dziurzyński, który znajduje się w posiadaniu swojej kartoteki. Czyli chodziło o politykę eksterminacyjną w stosunku do Polaków jako takich. Nie chodziło tu naturalnie o jakąś przynależność partyjną, ale o przynależność do narodu polskiego i podkreślanie tej przynależności.