TADEUSZ LEHR-SPŁAWIŃSKI


Staje świadek dr Tadeusz Lehr-Spławiński, 57 lat, prof. uniwersytetu, wyznania rzymskokatolickiego, żonaty, zam. w Krakowie, w stosunku do oskarżonego obcy.


Przewodniczący: Czy strony zgłaszają wnioski co do trybu przesłuchania świadka?

Prokuratorzy i obrońcy: Zwalniamy od przysięgi.

Przewodniczący: Świadek będzie zeznawał bez przysięgi. Pytanie Trybunału do świadka dotyczy kwestii, która poruszona została w toku procesu, mianowicie szkolnictwa, a zwłaszcza kwestii tajnego nauczania, bo to nie zostało dostatecznie jeszcze wyjaśnione w postępowaniu dowodowym.

Świadek: Ja muszę na początku zaznaczyć, że bliższych szczegółów dotyczących tego zagadnienia przedstawić nie potrafię, przede wszystkim dlatego, że kiedy się zaczynały przygotowania do tajnego nauczania, przebywałem poza krajem. Będę mówił tylko o tym, co mi jest wiadome i to wiadome raczej pośrednio. Gdybym był wcześniej wiedział, że będę zeznawał, to mógłbym był przygotować bardziej konkretny materiał.

Rozpocznę od zagadnienia potrzeby tajnego nauczania. Otóż w pierwszej chwili, po zajęciu Krakowa przez Niemców, kiedy szkolnictwo całkowicie się zdezorganizowało, zdawało się nam, że będziemy mogli szkolnictwo publiczne zorganizować w sposób mniej więcej normalny. Tak też stawiały tę sprawę pierwsze władze niemieckie, które się w Krakowie ukazały. Ja osobiście, jako urzędujący rektor krakowskiego uniwersytetu, uważałem za swój obowiązek zainteresować się szkolnictwem, skoro władz szkolnych żadnych nie było. Porozumiałem się wtedy z urzędującym wówczas prezydentem miasta dr. Klimeckim, który z upoważnienia niemieckich władz wojskowych miał w pierwszych dniach pełną władzę w Krakowie w każdym zakresie cywilnym.

Wspólnie z nim zainicjowałem stworzenie tymczasowej komisji szkolnej, która pod moim przewodnictwem urzędowała w uniwersytecie przez pięć tygodni. Ta komisja uruchomiła wszystkie szkoły średnie i powszechne w Krakowie i prowadziła mniej więcej regularne nauczanie aż do chwili, kiedy z początkiem października zaczęły organizować się w Krakowie pierwsze cywilne władze niemieckie. Póki w mieście miały władzę tylko czynniki wojskowe, tak długo praca nasza, zarówno w uniwersytecie, jak i w szkolnictwie, szła mniej więcej spokojnie. Władze nie mieszały się do naszych prac, kładąc przy tym nacisk przy każdym zetknięciu na to, że każdy obywatel powinien swoje robić i spełniać swoje obowiązki.

Dopiero kiedy powstał zarząd cywilny z Seyss-Inquartem na czele, wtedy zaczęły się pierwsze trudności, także w sprawach szkolnych. Zależały one wtedy bezpośrednio od ówczesnego komisarycznego prezydenta miasta Oberbürgermeistra Zörnera. Z nim byłem w kontakcie, gdyż zostałem powołany do tzw. rady przybocznej miasta Krakowa. Zörner był całkowicie niezorientowany w sprawach szkolnych, nie zdawał sobie sprawy ani z organizacji uniwersytetu, ani szkolnictwa, jaka była w Polsce. Na ogół nie przeszkadzał w naszej robocie, a nawet wszczął przygotowania do wypłaty pensji zajętym w szkolnictwie osobom, do tego jednakże już nie doszło.

W początkach listopada, kiedy przyszło do zorganizowania już władz Generalnego Gubernatorstwa, trudności nasze gwałtownie zaczęły się wzmagać. Zaczęto usuwać ze szkół młodzież, zaczęto zajmować szkoły pod urzędy itd. Trudno mi te wszystkie szczegóły tutaj wyliczać. Wreszcie, paralelnie z tym, tak samo stosunki w uniwersytecie się psuły. Nie wiem, czy mam o sprawach uniwersytetu mówić, panie prezesie?

Przewodniczący: Proszę, wszystko się z tym łączy.

Świadek: O sprawach uniwersytetu przypuszczalnie pan prof. Gwiazdomorski tutaj już dużo powiedział. Ja z mojego punktu widzenia muszę powiedzieć, że pierwsi ludzie z władz niemieckich, z którymi się stykałem, to był ówczesny komendant miasta Krakowa gen. Höbert i burmistrz Zörner. Do gen. Höberta udałem się najpierw w celu zabezpieczenia budynków uniwersyteckich przed kwaterunkiem. To było w pierwszych dniach września, gdzieś może 10 [września]. Byłem u niego, kiedy w Collegium Juridicum na Grodzkiej i w Collegium Nowodworskiego przy ul. św. Anny, gdzie mieściły się wówczas zbiory Biblioteki Jagiellońskiej, usiłowano urządzić lokal kwaterunkowy. Aby temu zapobiec, udałem się do urzędującego generała, który mnie przyjął bardzo uprzejmie i prosił o zestawienie spisu budynków, które ze względów kulturalnych nie powinny podlegać kwaterunkowi. Wydał dla 17 budynków takie karty, które były respektowane przez dłuższy czas, w każdym razie do naszego wywiezienia z kraju. Potem przestały być respektowane.

Kiedy po usunięciu prezydenta Klimeckiego objął władzę Zörner i powstał tzw. Beirat, zostałem powołany do niego jako rektor. Wówczas już stosunki przybrały charakter półoficjalny. Informowaliśmy, wysyłaliśmy rozmaite żądania w sprawach szkolnych, które na początku na ogół były respektowane. Pod koniec października stosunki zaczęły się psuć. Na terenie uniwersytetu i komisji szkolnej zaczęło się pojawiać coraz więcej czynników policyjnych. Co chwilę przychodził ktoś, robił jakieś notatki, kazał konstruować spisy, informował się o ludzi. To już robiło na nas wrażenie czegoś niebezpiecznego. Mimo to, zarówno burmistrz Zörner, jak i czynniki naukowe niemieckie nie robiły nam trudności. Wtedy mianowicie zaczęli się pojawiać w Krakowie profesorowie uniwersytetów niemieckich.

Na przykład u mnie był profesor uniwersytetu berlińskiego Shumann w towarzystwie jakiegoś wyższego wojskowego, również profesora, którego nazwiska w tej chwili zapomniałem. Prosił, żeby oprowadzić go po gmachach uniwersytetu, zapytał dlaczego jeszcze nie funkcjonuje. Pytał: „Kiedy panowie otworzycie uniwersytet, kiedy rozpoczniecie wykłady?”. Ja mówiłem, że na razie jest to trudno, że nie jesteśmy zorientowani, jak to zorganizować, nie wiemy, czy nie natrafimy na trudności ze strony władz niemieckich. On mówił, że przecież jest pożądane, by zakłady naukowe były uruchomione. Z drugiej strony na terenie Beiratu miejskiego przeważała opinia, że uniwersytet należy uruchomić. Był już przygotowany termin rozpoczęcia wykładów, a tymczasem w październiku w poszczególnych zakładach praca już się odbywała.

Pod sam koniec października otrzymałem pewnego rodzaju ostrzeżenie w sprawach uniwersyteckich, które jednak dokładnie zrozumiałem po aresztowaniu. Udzielił mi tego ostrzeżenia profesor uniwersytetu wrocławskiego Hans Koch, który jako oficer przy przejściowej niemieckiej komendzie wojskowej, bawił w Krakowie. Był on już na tym terenie znany poprzednio jako historyk Europy Wschodniej; ja go nie znałem osobiście. Przyszedł on do uniwersytetu, a nie zastawszy mnie, podał swój adres, prosząc bym się z nim porozumiał. Chodziłem z nim potem dłuższy czas po mieście – mam wrażenie, że nie chciał ze mną rozmawiać w swoim biurze – rozpytywał się o sprawy uniwersyteckie, o nasze projekty; potem zrozumiałem, że w ten sposób nas ostrzegał, ale nie formułował tego ostrzeżenia wyraźnie i ja nie orientowałem się w tym dobrze.

Pod koniec października próbowałem nawiązać kontakt z wyższymi władzami cywilnymi, tj. Seiss-Inquartem i stojącym na czele wydziału szkolnego panem Wohlsegerem, co mi się jednak nie udało. Ani jeden, ani drugi nie odpowiedział na moje listy, kiedy i gdzie mogę się z nimi porozumieć.

Gdy termin rozpoczęcia wykładów był wyznaczony i odbyliśmy już nabożeństwo inauguracyjne, otrzymałem przez oficera ordynansowego wezwanie do Einsatzkommando, jak było napisane na tym wezwaniu, na ul. Pomorską, gdzie poszedłem, i gdzie przyjął mnie Obersturmbanführer Müller, wysoki blondyn o bardzo nieprzyjemnym wyrazie twarzy. Przyjął mnie grzecznie, prosił o różne informacje o charakterze statystycznym na temat uniwersytetu: ilu jest słuchaczy, profesorów, Żydów, dziwił się, że tak mało i na końcu złożył propozycję, by zrobić ogólne zebranie profesorów i wykładowców, na którym on mógłby przedstawić – jak się wyraził den deutschen Standpunkt in der Wissenschaft und Hochschulfragen klären. Z niechęcią zgodziłem się na to i wyznaczyliśmy zebranie na 6 listopada o godz. 12.00.

Zanim zebranie zostało otwarte, uniwersytet został otoczony przez gęsty kordon policji. Kiedy Müller przyszedł z dwoma oficerami do rektoratu, zachowywał się bez porównania gorzej niż poprzednio, odnosił się do mnie z góry. Kiedy wyszliśmy z nim na korytarz, okazało się, że jest on pełen uzbrojonej policji. Mimo to wyszliśmy na drugie piętro do sali 66, gdzie zebrani byli profesorowie. Po drodze spotkaliśmy rektora Zolla, którego zapoznałem z Müllerem, przedstawiając, że jest on członkiem Akademii Prawa Niemieckiego. To zrobiło pewne wrażenie na Müllerze, zastanowił się, zamienił kilka słów z rektorem Zollem, po czym wszedł do sali 66 w towarzystwie uzbrojonych policjantów. Wszedł wprost na katedrę w czapce i tonem stanowczym i ostrym powiedział – słów już dziś nie pamiętam, ale sens był ten, że uniwersytet krakowski był zawsze centrum antyniemieckich nastrojów i agitacji, że te rzeczy się wcale nie zmieniły, bo przecież panowie bez porozumienia z policją próbowali otworzyć uniwersytet, odbywają egzaminy, prowadzą prace w pracowniach i seminariach, co wszystko razem jest dowodem wrogiego nastawienia do Niemców. Za to będziecie ukarani. Jesteście wszyscy aresztowani i będziecie odstawieni do obozów, Gefangenenlager.

Kazał opuścić pokój paniom, które były obecne, choćby wykładały na uniwersytecie, wyłączyć od razu prof. Olbrychta, który – jak się potem okazało – był potrzebny władzom sądowym jako specjalista medycyny sądowej, a nam kazał wychodzić parami i nawet zwrócił się do mnie ironicznie, bym pochód rozpoczął. W korytarzu od razu przeprowadzono w dość brutalny sposób rewizję osobistą, tak że kilku starszych profesorów zostało poturbowanych, potem sprowadzono auto ciężarowe i odwieziono nas na Montelupich. W cztery dni później przewieziono nas do Wrocławia do więzienia, a stąd po 17 dniach do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen i Oranienburgu. O tym wszystkim nie będę może tu szerzej mówił, gdyż są materiały drukowane, więc zajęłoby to niepotrzebnie czas.

Wrócę wstecz. Otóż z chwilą aresztowania i wywiezienia mnie do obozu straciłem bezpośredni kontakt z wypadkami w Krakowie na przeciąg czterech miesięcy. Kiedy wróciłem wraz ze 102 starszymi kolegami, bo 12 – również starszych – z niewiadomych przyczyn zatrzymano przez kilka dni we Wrocławiu, a czterdziestu kilku młodszych wywieziono do Dachau, uniwersytet i nasze instytucje naukowe były właściwie zniszczone. Wszystkie gmachy zajęto na inne cele, poza nielicznymi zakładami, jak ogród botaniczny i pracownia botaniczna, obserwatorium astronomiczne, kliniki, które przyłączono do szpitali. Szczególnie ucierpiały urządzenia przy pracowni wydziału rolniczego na al. Mickiewicza, gdzie urzędowała część urzędu Generalnego Gubernatorstwa. Tak samo w sposób szczególnie drastyczny uszkodzono pracownię fizyczną w Collegium Witkowskiego. Równocześnie wszystkie urządzenia w Akademii Umiejętności zostały rozproszone, muzea zamknięte i objęte przez władze niemieckie, biblioteka akademii przeniesiona do Biblioteki Jagiellońskiej i wraz z nią do nowego gmachu, który przed wojną niemal wykończyliśmy, i tam przy użyciu personelu polskiego w dalszym ciągu jako Stadtbibliothek funkcjonowała do końca wojny. Polakom wstęp do tej biblioteki był wzbroniony, mogli z niej korzystać tylko ci, którzy mieli polecenia urzędów niemieckich, w których pracowali.

Jak odbywało się dewastowanie uniwersytetu, o tym szczegółów podać nie mogę, ponieważ byłem w tym czasie w obozie koncentracyjnym. Następne cztery miesiące, które spędziłem w Krakowie, właściwie żadnych szczególnych wypadków w tym zakresie nie przyniosły. Wszyscy byliśmy odsunięci od możliwości pracy naukowej, bo dopiero z wolna okazało się, że możliwość tajnego korzystania ze zbiorów biblioteki i innych istnieje, ale w pierwszych miesiącach byliśmy bezradni. Oczywiście, pod względem materialnym byliśmy w położeniu bardzo złym, bo nie pobieraliśmy żadnych płac, żyliśmy tylko z łaski społeczeństwa. Latem 1940 r. opuściłem Kraków i przeniosłem się na wieś, gdzie mieszkałem dwa i pół roku. Dlatego bliższych szczegółów z tych lat podać nie potrafię.

W tym czasie właśnie zaczęło się tajne nauczanie nie tylko w kompletach średnich i powszechnych, ale i uniwersyteckich. Kierownictwo nad tym objął kierownik tajnych władz uniwersyteckich prof. Szafer, a z jego mandatu organizowaniem tajnego nauczania zajmował się prof. Małecki. Wybór jego na kierownika tajnego nauczania był zrobiony w znacznym stopniu dlatego, że prof. Małecki został wciągnięty do pracy w Deutsches Ostinstitut, gdzie objął pracę – nigdy nie wykonywaną – nad słownikiem zapożyczeń niemieckich w języku polskim. Nasze tajne władze zgodziły się na jego udział w tej pracy i nawet poleciły mu zgłoszenie się do niej, a to w tym celu, żeby ktoś z nas miał oko na to, co się dzieje w tej polakożerczej instytucji. Dzięki temu prof. Małecki był w znacznym stopniu zabezpieczony przed okiem policji, która go uważała za człowieka kupionego i nie zwracała uwagi na jego działalność. Miał większą swobodę, mieszkanie jego było bezpieczniejsze niż któregokolwiek z innych profesorów, zwłaszcza starszych i bardziej znanych.

To tajne nauczanie rozwijało się bardzo dobrze, szczególnie w zakresie nauk humanistycznych. Tworzyło się komplety po osiem osób w mieszkaniach profesorów albo w innych lokalach, wykłady, a zwłaszcza ćwiczenia, odbywały się bardzo regularnie przez blisko trzy lata. W dziale przyrodniczym było gorzej, bo nie mieliśmy do dyspozycji pracowni. W lepszym położeniu pod tym względem był Uniwersytet Warszawski. Tam studenci mogli korzystać ze szpitali, podczas gdy krakowskie szpitale były upaństwowione i pozostały pod władzą niemieckiej dyrekcji, tak że nie dało się prowadzić tajnych kursów lekarskich w poważniejszej formie. Tak samo inne działy przyrodnicze, poza botaniką, która do pewnego stopnia miała do dyspozycji ogród botaniczny, gdyż wprawdzie dyrektor ogrodu, Niemiec, był bardzo złośliwy, ale z konieczności zatrzymał polski personel i pod jego opieką można było naszych studentów zajmować tam i w ten sposób ich uczyć. Tajne nauczanie przyniosło bardzo dużo pożytku, nie tylko dydaktycznego, ale i naukowego. Podkształciło się kilkadziesiąt sił naukowych, które dzisiaj w pełni pracują naukowo. Warunki drobnych kompletów przez bezpośredni kontakt z profesorami sprzyjały rozwojowi pracy naukowej. To byłoby wszystko, co mógłbym powiedzieć o tajnym nauczaniu. Ja sam brałem udział w tajnym nauczaniu dopiero później, gdy musiałem opuścić wieś i wrócić do Krakowa, w 1943 i 1944 r.

Przewodniczący: Czy panu profesorowi wiadomo coś o zamiarach otwarcia polskiego uniwersytetu w Krakowie, bo oskarżony na to się powoływał?

Świadek: Nic o tym nie wiem, słyszałem tylko o projekcie otwarcia niemieckiego uniwersytetu w Krakowie.

Przewodniczący: A o zamiarach uruchomienia polskich wyższych uczelni?

Świadek: Nie słyszałem.

Sędzia Zembaty: Czy panu rektorowi wiadomo, komu, względnie czemu profesorowie UJ zawdzięczali swoje zwolnienie, w szczególności komu, względnie czemu pan rektor je zawdzięczał?

Świadek: Dokładnych informacji o tym nie mam, wiem że były starania, przeważnie ze strony żon i rodzin.

Sędzia Zembaty: Chodzi o to, że oskarżony tłumaczy się, że to jest w dużej mierze jego zasługa. Czy panu profesorowi wiadomo, że były jakieś interwencje u oskarżonego, względnie, że on miał coś wspólnego z tą akcją, która doprowadziła do zwolnienia profesorów?

Świadek: Dokładnie nic o tym nie wiem, wiem tylko, że starania rodzin opierały się o rząd Generalnego Gubernatorstwa i – przypuszczam – także oskarżonego. Nie słyszałem, żeby oskarżony podejmował jakąś energiczniejszą akcję w tym kierunku, ale muszę przyznać, że opinia była taka, że był on do tej sprawy raczej życzliwie ustosunkowany.

Sędzia Zembaty: Czy to była opinia tych, którzy interweniowali?

Świadek: Mieli takie wrażenie.

Sędzia Zembaty: A czy pan rektor mógłby podać nazwisko osoby, która by miała jakieś bliższe wiadomości co do oskarżonego odnośnie do tej sprawy?

Świadek: Konkretnie co do oskarżonego nie wiem. Wiem, że wiele żon profesorów chodziło do rządu Generalnego Gubernatorstwa, ale nie wiem, czy któraś dostała się do oskarżonego. Ogólna opinia, która wśród nas panuje, jest, że zostaliśmy zwolnieni wskutek starań idących z zagranicy, szczególnie jakoby przez Włochy.

Prokurator Cyprian: Chciałbym świadka zapytać, czy w czasie tajnego nauczania doszło do jakiejś większej dekonspiracji?

Świadek: Nie doszło, to było nawet dziwne. Kilka razy baliśmy się tego. Były pogłoski, że policja jest na tropie, ale konkretnie do żadnej interwencji nie doszło.

Przewodniczący: Czy są pytania do świadka?

Strony: Nie.

Przewodniczący: Świadek może być zwolniony.