CZESŁAW KOTOWSKI

Dnia 9 marca 1987 r. w Lublinie mgr Piotr Michałowski, prokurator Prokuratury Wojewódzkiej delegowany do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Lublinie, działając na zasadzie art. 4 Dekretu z dnia 10 listopada 1945 r. (Dz.U. nr 51, poz. 293) i art. 129 kpk, osobiście przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Świadka uprzedzono o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, po czym świadek stwierdza własnoręcznym podpisem, że uprzedzono go o tej odpowiedzialności (art. 172 kpk). Następnie świadek zeznał co następuje:


Imię i nazwisko Czesław Kotowski
Imiona rodziców Józef i Ewa z d. Klimek
Data i miejsce urodzenia 6 maja 1920 r., Sterdyń
Miejsce zamieszkania Seroczyn, gm. Sterdyń, woj. siedleckie
Zajęcie emeryt rolnik
Wykształcenie 7 klas szkoły podstawowej
Karalność za fałszywe zeznania nie
Stosunek do stron obcy

Od 1928 r. moi rodzice zamieszkali w kolonii Paulinów i trudnili się rolnictwem. Posiadali sześć hektarów ziemi ornej. Wraz z rodzicami mieszkały ich dzieci, tzn. ja i jeszcze dwaj synowie – Stanisław (ur. w 1918 r.) i Kazimierz (ur. w 1929 r.) oraz dwie córki – Anna (ur. w 1922 r.) i Stanisława (ur. w 1925 r.).

Bodaj w 1931 r. ojciec został sparaliżowany i miał bezwład − prawa strona, nie mógł władać prawą ręką i nogą, chodził o kiju. Od tego czasu zarządzał gospodarką, a główne prace polowe wykonywałem ja z bratem Stanisławem. Miałem jeszcze brata Władysława (ur. w 1913 r.), ale on podczas wojny niemiecko-polskiej we wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli niemieckiej i powrócił do Polski dopiero po zakończeniu II wojny światowej, co nastąpiło 9 maja 1945 r., a mianowicie w 1947 r.

Gdy nastała okupacja hitlerowska od września 1939 r., kolonia Paulinów podlegała gm. Sterdyń, pow. Sokołów Podlaski i woj. lubelskiego. Podczas okupacji razem z rodzicami mieszkali: ja i moje rodzeństwo wyżej wymienione (oprócz brata Władysława), które było stanu wolnego. Nadmieniam, że jeszcze przed wybuchem wojny 1 września 1939 r. ja z bratem Stanisławem byliśmy muzykantami i graliśmy na weselach i zabawach. Ja grałem na skrzypcach, a brat na harmonii. Grywaliśmy też podczas okupacji niemieckiej.

W osadzie Sterdyń mieszkało bodaj z 60 rodzin żydowskich. Między innymi znałem Żyda Szlojme Ruskielenkie urodzonego bodaj w 1920 r., chodziłem z nim do szkoły i razem siedziałem w jednej ławce w szkole w Sterdyni. Niemcy tych Żydów, których schwytali, osadzali najpierw w getcie w Kosowie Lackim, odległym od mego miejsca zamieszkania z dziesięć kilometrów. Dodaję, że w odległości ok. siedmiu kilometrów od Kosowa Lackiego znajduje się Treblinka, gdzie Niemcy masowo zabijali Żydów. Część Żydów ze Sterdyni uciekła przed Niemcami i ukrywała się po lasach, a było to od jesieni 1942 r. Wtedy Żydzi przychodzili także do nas po żywność. Wszystkich ich nie znałem, ale między [nimi] byli znani mi Żydzi: Szlojme Ruskielenkie – był z zawodu fryzjerem – oraz jego brat Szymel Ruskielenkie, lat ok. 15. Ich rodzice zostali zabrani przez Niemców do getta. Ci dwaj bracia stale przychodzili do nas po żywność do domu i tą żywność dawaliśmy, tzn. rodzice moi oraz ja z bratem Stanisławem – jako producenci żywności w naszej rodzinie. Jak mi wiadomo, ci dwaj bracia Żydzi w porze nocnej zimą 1942/1943 r. ukrywali się w stajni we dworze majątku Paulinów, odległym od naszego gospodarstwa ok. 800 m. Były przypadki, że braci Ruskielenkie nocowaliśmy w naszej stodole. W tym czasie przychodzili do naszego domu – z lasu, gdzie się ukrywali – po żywność jeńcy radzieccy, żołnierze zbiegli z niewoli niemieckiej, nazwisk ich nie znam, ale dwóch miało imiona Mikołaj (jeden był niewysoki, a drugi wysokiego wzrostu), Grzegorz i Rysiek. Rosjanie i dwaj bracia Ruskielenkie w porze dziennej ukrywali się w lesie odległym od naszych zabudowań ok. 700 m, mieli tam kryjówkę. Żydzi, jak szli z rana z majątku Paulinów lub wieczorem, gdy szli do wspomnianego majątku, zachodzili do nas po żywność i otrzymywali ją.

Bodaj 12 lutego 1943 r. dowiedziałem się od Żyda Szlojme, że razem z nim ukrywa się Żyd, nie mówił jego imienia i nazwiska i że są teraz we trzech – to jest [z nim] i z bratem Szymelem.

Dnia nie pamiętam, ale był to czwartek, w lutym 1943 r. Ja z bratem przy pomocy konia i sieczkarni mieliśmy rżnąć sieczkę. Poszedłem do stajni, nałożyłem na konia chomąt i czekałem na brata Stanisława. Po dłuższym czekaniu przyszedł do stajni i ja go spytałem, dlaczego tak długo nie przychodził. Brat Stanisław powiedział, że przyszli do naszego domu Szlojme Ruskielenkie z tym nieznanym Żydem po żywność, której nie otrzymali, gdyż moja matka Ewa bała się dać pożywienie, bowiem nie znała tego drugiego. Brat mówił mi, że ci dwaj Żydzi odeszli drogą z 200 m, nieznany Żyd stanął, ukrył się za drzewem wierzby, zaś Szlojme wrócił do nas do domu. Wtedy moja matka dała mu chleb i jakąś jeszcze żywność, a on poszedł do tego drugiego Żyda stojącego za wierzbą.

W najbliższą niedzielę przyszedł do nas Żyd Szlojme po żywność i ja go zapytałem, gdzie jest twój kolega, nieznany mi Żyd. Wtedy Szlojme Ruskielelnkie odpowiedział mi, że w sobotę przed wieczorem gdzieś odszedł i nie ma z nim kontaktu. Wtedy widziałem po raz ostatni Żyda Szlojme. W porze nocnej, ok. [godz.] 3.00, w środę, a był to 24 lutego 1943 r., usłyszałem strzały, a następnie zobaczyłem rakiety od [strony] szosy osady Sterdyń. Uważałem, iż Niemcy robią jakąś obławę. Moja mama powiedziała mi, bym poszedł do gorzelni w majątku Paulinów, gdzie znajomy kierownik da mi fikcyjnie pracę, bym nie został aresztowany przez Niemców. Około godz. 7.00 wziąłem widły i poszedłem w kierunku Paulinowa. Wtedy mijałem grupę Niemców, byli uzbrojeni, widziałem też Niemców stojących na obstawie, szli oni w kierunku kolonii Paulinów i pobliskiego lasu.

Z Niemcami szedł jakiś mężczyzna ubrany po cywilnemu, w jesionce i czapce. Był chuderlawy, niedużego wzrostu, zarost na twarzy miał czarny, ciemny. Szedł z Niemcami swobodnie. Popatrzył na mnie. W majątku Paulinów zobaczyłem zastrzelonego Franciszka Kirylaka – był stróżem w tym majątku w porze nocnej. Ludzie mówili, że Niemcy zabili go za to, iż w stajni majątku pozwalał Żydom ukrywać się i spać. Kirylak mógł mieć z 60 lat. Nadmieniam, że w [pewnej] odległości za mną mój brat Stanisław Kotowski jechał konną furmanką z domu do gorzelni w Paulinowie, z beczkami – niby to po wywar gorzelniany jako karma dla krów. Po jakimś czasie spojrzałem na drogę prowadzącą w kierunku naszego gospodarstwa i zobaczyłem konia z furmanką stojącego przy wierzbie przydrożnej, a brata przy nim nie było. Uważałem, iż Niemcy – ci, co ich mijałem – zabrali ze sobą mego brata.

Poszedłem do furmanki i po nawróceniu konia zacząłem jechać w stronę naszego domu. W drodze zatrzymała mnie sąsiadka Marianna Domańska (obecnie nie żyje) i powiedziała mi, iż Niemcy zastrzelili moich rodziców, zaś brata zabrali ze sobą i poszli do pobliskiego lasu. Byłem zbyt daleko od domu i strzałów nie słyszałem. Będąc w kolonii Paulinów, zostałem zatrzymany przez sąsiadów Kępę Stanisława (nie żyje obecnie) i Pawluka Adama (żyje i może mieć z 70 lat), którzy nie puścili mnie, bym jechał do swego gospodarstwa, gdyż – jak mi powiedzieli – są tam Niemcy. Było to ze 300 m od naszego domu. Ja wyrywałem się im i nadal chciałem iść do domu, zobaczyć rodziców. Tą szarpaninę zobaczyli Niemcy i szli do nas, a my wtedy zaczęliśmy uciekać. Niemcy strzelali do nas, następnie też poszli do lasu. Po południu, gdy Niemcy poszli w stronę, gdzie stały samochody, i odjechali w stronę Sterdyni i Sokołowa – ja udałem się do domu.

Tu zobaczyłem zastrzelonych ojca Józefa i matkę Ewę Kotowskich. Ojciec Józef leżał nieżywy na dworze przed sienią, twarzą do góry i miał na czole dwie rany postrzałowe. Natomiast matka Ewa leżała nieżywa na progu sieni, a głowa i ręka zwisała na dworze, miała dwie rany postrzałowe z tyłu głowy. Tego dnia brat Kazimierz był w szkole w Zambrowie, siostra Anna była już trzeci dzień w Warszawie po zakupy. Z rodzicami w domu była siostra Stanisława. Stanisława (obecnie wdowa po Wiktorze Witkowskim, mieszka we wsi Hołowienki, gm. Sabnie, woj. siedleckie) opowiedziała mi, płakała i mdlała, że Niemcy po wejściu do domu zaraz wyprowadzili ojca [na] dwór, przed dom i tam zastrzelili. Następnie chwycili matkę i ciągnęli ją przez sień na dwór i tam w sieni zastrzelili. Następnie, gdy siostra klęczała przed obrazem Matki Boskiej i płakała, jeden z Niemców, ten co uprzednio wyprowadzał rodziców, chwycił ją za ubranie i ciągnął na dwór. Wtedy jakiś drugi Niemiec nie pozwolił mu jej wyprowadzić na dwór i pozostawił w mieszkaniu. Ci Niemcy nas obrabowali wtedy, zabierając dwa nowe rowery – mój i brata Stanisława – mój ręczny zegarek i pieniądze bodaj w kwocie siedmiu czy ośmiu tysięcy złotych, które stanowiły moją i brata Stanisława własność, a uzyskaliśmy je jako zapłatę, grając na zabawach karnawałowych i weselach.

Tego samego dnia, tj. 24 lutego 1943 r., spotkałem Czesława Borowego, który opowiedział mi co następuje: że wtedy Niemcy aresztowali go w cegielni w Paulinowie za to, iż on i jego ciotka Wiktorzak – imienia dziś już nie pamiętam – dawali Żydom żywność, oraz zastrzelili ciotkę Wiktorzak. Jego i mego brata Stanisława Niemcy zaprowadzili do lasu i tam zostali naprowadzeni na kryjówkę wspomnianych byłych żołnierzy rosyjskich, gdzie udało się im zastrzelić dwóch żołnierzy, a dwóm udało się uciec. Wtedy zastrzelili Żyda Szlojme Ruskielenkie. Borowy widział, jak w lesie Niemcy zastrzelili mego brata Stanisława Kotowskiego. W międzyczasie stwierdzili, że mieli zapisanego mężczyznę o nazwisku Wiktorzak, a dowód był wystawiony na Borowego. Dlatego zwolnili Borowego (został zabity, gdy przymuszony przez Niemców kopał z innymi okopy pod Ostrowią Mazowiecką – padł pocisk artyleryjski, a było to w 1944 r.). Borowy mówił mi, że jego i jego ciotkę Wiktorzak oraz moich rodziców, brata Stanisława i cały nasz dom wydał Niemcom ten mężczyzna, który – podając się za Żyda – ukrywał się wspólnie ze Szlojme Ruskielenkie i wiedział, iż te osoby udzielają różnorakiej pomocy (żywność i ukrywanie) Żydom ściganym przez Niemców. Widziałem zabitego brata Stanisława: miał dwie rany postrzałowe z tyłu głowy i jedną ranę postrzałową w łopatkę.

Początkowo zwłoki rodziców i brata pochowaliśmy przy sterdyńskiej szosie, w lasku koło dworu Paulinów, gdyż ksiądz bał się przyjąć ciała i powiedział, że później zostaną pochowane na cmentarzu. Gdzieś w lipcu 1944 r., jak Niemcy uciekli przed wojskami radzieckimi, przenieśliśmy ciała na cmentarz w Sterdyni.

Baliśmy się Niemców, jednak udzielaliśmy pomocy Żydom z ludzkiej życzliwości, bo byli zabijani przez Niemców. Nadmieniam, że Żyd Szymel Ruskielenkie nie przychodził do nas po zabiciu jego brata i nie wiem, co się z nim stało.

Składam do akt odpisy skróconych aktów zgonu: Józefa Kotowskiego (nr VII-20/1943 r. USC w Sterdyni), Ewy Kotowskiej (nr VII-21/1943 r.) i Stanisława Kotowskiego (nr VII-22/1943 r.), a nadto trzy zdjęcia: Ewy Kotowskiej, Józefa Kotowskiego i Stanisława Kotowskiego. Z zastrzeżeniem zwrotu – do wykorzystania czasowego – składam zdjęcie zabitych moich rodziców Ewy i Józefa Kotowskich oraz brata Stanisława Kotowskiego, leżących w trumnach (na jednym zdjęciu).

Na tym zakończono protokół i po odczytaniu podpisuję go, jako spisany zgodnie z moimi zeznaniami.