STANISŁAWA WITKOWSKA

Dnia 23 marca 1987 r. w Lublinie mgr Piotr Michałowski, prokurator Prokuratury Wojewódzkiej, delegowany do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Lublinie, działając na zasadzie art. 4 Dekretu z dnia 10 listopada 1945 r. (Dz.U. nr 51, poz. 293) i art. 129 kpk, osobiście przesłuchał niżej wymienioną w charakterze świadka. Świadek uprzedzono o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, po czym świadek stwierdza własnoręcznym podpisem, że uprzedzono ją o tej odpowiedzialności (art. 172 kpk). Następnie świadek zeznała, co następuje:


Imię i nazwisko Stanisława Witkowska z d. Kotowska
Imiona rodziców Józef i Ewa z d. Klimek
Data i miejsce urodzenia 28 grudnia 1925 r., Seroczynek [?]
Miejsce zamieszkania Chołowianki [Hołowienki], gm. Sabnie, woj. siedleckie
Zajęcie sklepowa
Wykształcenie 7 klas szkoły podstawowej
Karalność za fałszywe zeznania nie
Stosunek do stron obca

W 1928 r. moi rodzice Józef i Ewa Kotowscy zamieszkali w kolonii Paulinów i trudnili się rolnictwem. Rodzice mieli dzieci: mnie, córkę Annę (ur. w 1922 r.), córkę Mariannę (mieszkała przed 1939 r. w Warszawie) i synów: Czesława (ur. w 1920 r.) i Stanisława (ur. w 1918 r.) oraz Władysława (we wrześniu 1939 r. podczas wojny niemiecko-polskiej dostał się do niewoli niemieckiej jako żołnierz Wojska Polskiego). Gdy nastała okupacja hitlerowska, we wrześniu 1939 r., kolonia Paulinów należała do gm. Sterdyń, pow. Sokołów Podlaski, woj. lubelskiego. Osada Sterdyń była w odległości ok. pięciu kilometrów od naszej kolonii. Niemal wszyscy mieszkańcy tej osady byli Żydami.

Jak sobie przypominam, już od jesieni 1942 r. Niemcy zaczęli ostro prześladować ludność żydowską, zabijali ich w Sterdyni i w okolicach i wywozili do obozu w Treblince, gdzie ich zabijali. Treblinka jest położona od naszej kolonii ok. 20 km. Żydzi zaczęli uciekać i chronić się przed Niemcami i szukali pomocy u Polaków, którzy udzielali także pomocy żywnościowej. Moi rodzice udzielali im okresowo schronienia i dawali żywność. Pamiętam imiona tych Żydów ze Sterdyni: Szlojme – był z zawodu fryzjerem i jego brat Szymel – był młodym chłopakiem; Aron – był z zawodu rzeźnikiem, zarabiał u rolników zabijaniem zwierząt i Ankiel – był szewcem, a był to Żyd w starszym wieku. Nazwisk ich nie znałam.

Najczęściej po żywność przychodzili Żydzi – rodzeństwo Szlojma i Szymel. Mieli schron ziemny w lesie zwanym Kołpak, odległym od naszego gospodarstwa ok. dwóch kilometrów. Brat mój Stanisław Kotowski wiedział o tym schronieniu, dawał im słomę do wyłożenia ocieplenia w schronie, kartofle i pomagał im co mógł. Ja również z moją matką Ewą przygotowywałam jedzenie – zupy, piekłam placki i chleb dla tych Żydów. Żydzi Szlojma, a czasami i Szymel przychodzili po jedzenie w porze przeważnie wieczorowej i nocnej.

Dnia nie pamiętam, było to w lutym 1943 r., przyszedł do naszego domu nieznany nam Żyd w wieku ok. 20-25 lat i prosił mamę o jedzenie. Mama nie dała mu, gdyż go nie znała i obawiała się, że może to być człowiek nastawiony [podstawiony] przez Niemców. Niemcy bowiem nakazywali Polakom, by nie udzielali Żydom pomocy, bo za to będą karani śmiercią. Ten Żyd powiedział, iż pochodzi z Warszawy, nazwiska nie mówił. Po niedługim czasie przyszedł do nas Szlojma i mama dała mu chleb. Po wyjściu Szlojma spotkał się z tym nieznanym Żydem (stał za drzewem wierzby) i podzielił się z nim chlebem otrzymanym od nas. Ten nieznany Żyd więcej do nas nie przychodził. Po kilku dniach mama pytała, co to był za nieznany Żyd, a wtedy Szlojma powiedział, że to jest warszawski Żyd i z nim się ukrywa.

Nad ranem 24 lutego 1943 r. w okolicy słychać było strzały, wystrzeliwano rakiety. Sądziliśmy, iż przyjechali Niemcy i będą zatrzymywali Polaków na roboty przymusowe. Rankiem brat Czesław z polecenia ojca wziął widły i poszedł niby do pracy we dworze w Paulinowie. Też z polecenia ojca brat Stanisław zaprzągł konia do furmanki, na której była beczka, i pojechał do gorzelni w Paulinowie po bryję, [to] jest wywar, jako karma dla krów. Na kilka dni przed tą datą siostra Anna pojechała do Warszawy po zakupy. 24 lutego 1943 r. w domu zostali moi rodzice i ja. Ojcu wtedy chodziło o to, by w domu było jak najmniej osób. Około godz. 7.00 do mieszkania wszedł najpierw wspomniany Żyd, który uprzednio był u nas i prosił mamę o chleb, a ona mu nie dała, gdyż go nie znała, kolega Szlojmy, a za nim weszło trzech żołnierzy niemieckich, ubranych w płaszcze i uzbrojonych. Jeden z tych Niemców zaczął krzyczeć na ojca: Jude, Jude, essen, essen i coś tam jeszcze mówił po niemiecku. Ojciec odpowiadał: „Nie, nie”. Wtedy ten Niemiec bił ojca ręką po twarzy. Miał na rękach rękawice. Po jakimś czasie, później, dowiedziałem się, że essen oznacza „jeść”, i że wtedy ten Niemiec zarzucał ojcu, iż dawał Żydom jedzenie. Wspomniany Żyd stał w mieszkaniu i coś tam rozmawiał z Niemcami po niemiecku. Niemcy zaczęli chodzić po mieszkaniu i zabrali pieniądze, większą ilość. Ile ich było, nie wiem, stanowiły własność braci Stanisława i Czesława, którzy byli muzykantami i te pieniądze zarobili od ludzi. Zabrali zegarek Czesława oraz dwa rowery stojące w pokoju, a stanowiące własność braci. Rowery Niemcy wyprowadzili na dwór. Żyd wziął dętkę rowerową. Następnie jeden z Niemców wyprowadził ojca Józefa do sieni mieszkania i z pistoletu ręcznego – wyjął go z kabury przy pasie, strzelił do ojca dwa razy. Ojciec padł nieżywy. Nogi były w sieni, a reszta ciała znajdowała się na dworze, przez próg sieni. Zbliżyłam się do matki znajdującej się w kuchni. W tym czasie przyszedł Niemiec, kazał matce Ewie iść w stronę sieni. Wkrótce usłyszałam jeden strzał. Wówczas poszłam, wpadłam do pokoju, płakałam strasznie, uklękłam przed obrazem Matki Boskiej i modliłam się o ratowanie mego życia. Do tego pokoju weszło dwóch Niemców. Jeden z nich wołał: Komm, komm i chwycił mnie ręką za sweter w okolicy szyi. Wtedy usłyszałam głos drugiego Niemca: Nein, nein. Wówczas ten Niemiec pchnął mnie aż upadłam na podłogę i puścił mnie. Nie wiem, jak długo leżałam. Doznałam jakiegoś szoku od uderzenia głową o podłogę, byłam zaszokowana tym zdarzeniem, a zwłaszcza zabijaniem ojca, co widziałam. Gdy odzyskałam świadomość, to stwierdziłam, że Niemców już nie ma w domu ani w obrębie zabudowań. Ojciec Józef miał ranę ręki i głowy: gdy ręką zasłaniał twarz, a drugą ranę miał w okolicy serca. Mama Ewa miała ranę głowy z tyłu.

Po jakimś czasie, przed wieczorem, przyszedł brat Czesław. Ludzie donieśli nam, że w lesie Niemcy zastrzelili naszego brata Stanisława Kotowskiego. Był to las zwany Kołpak. Ludzie mówili, że Niemcy zabili, tzn. 24 lutego 1943 r., w lesie jakichś Żydów oraz żołnierzy rosyjskich zbiegłych z niewoli niemieckiej, zaś w Paulinowie zastrzelili Kirylaka, stróża w majątku Paulinów, za to iż ukrywał Żydów (Kirylak chyba miał na imię Franciszek), a nadto Wiktorzak, imienia nie pamiętam, mieszkała przy cegielni koło Paulinowa – za to, iż przenocowała tego Żyda warszawiaka. Ten warszawiak doniósł Niemcom, że moi rodzice i brat oraz Kirylak i Wiktorzakowa udzielali Żydom i jemu pomocy żywnościowej i schronienia. Brat mój Stanisław został zatrzymany przez Niemców, gdy jechał do gorzelni po bryję, gdyż go wskazał Niemcom ten Żyd warszawiak, który szedł z nimi do naszego domu. Widziałam zabitego brata Stanisława – miał jedną ranę w tyle głowy.

Ponieważ ksiądz i miejscowa policja nie chciała zająć stanowiska co do pochowania moich rodziców i brata na cmentarzu, tzn. nie dali zezwolenia, więc pochowaliśmy rodziców i brata w lesie, a dopiero po wyzwoleniu, kiedy w lipcu 1944 r. Niemcy uciekli przed wojskami radzieckimi, zwłoki przenieśliśmy na cmentarz rzymskokatolicki w Sterdyni. Co dalej było z tym Żydem warszawiakiem, nie wiem. On wskazał Niemcom schron żydowski w lesie. Dodaję, że moi rodzice mieli jeszcze syna Kazimierza, urodzonego w 1929 r. 24 lutego 1943 r. brat Kazimierz wczesnym rankiem poszedł do szkoły w Zambrowie.

Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisuję go, jako spisany zgodnie z moimi zeznaniami.